• Utopia działkowicza

    2014-06-09 23:37:55
    Eliza C. | WARSZAWA | Królikarnia

    Pobłażliwy uśmieszek- to reakcja połowy osób, którym opowiadam o miejskich ogródkach. Prawdopodobnie część z nich wyśmiewa mój młodzieńczy zapał i entuzjazm w tej kwestii, jednak ja dopatruję się poważniejszych powodów ich krzywej miny.

    Ogródki działkowe istnieją w Polsce nieco ponad jeden wiek. Brzmi poważnie- można już mówić o tradycji i pewnej historii. Autorem rozpropagowania idei działki jest niemiecki ortopeda Daniel Schreber. Ogródki działkowe powstawały początkowo na przedmieściach. Odseparowane od osiedli były miejscem wypoczynku oraz źródłem własnych warzyw i owoców.
    W tym samym czasie zaczynały działać podobne inicjatywy na świecie. Jedną z najstarszych i nadal działających są Ogrody Świętej Anny w Nottingham założone w 1840 r. Co ciekawe w Anglii podczas II wojny światowej do uprawy ogródków zachęcano hasłem “Dig for Victory”, a wzorem był warzywniak samej królowej Elżbiety II. Działki w okresie kryzysu i wojny były źródłem taniej żywności, skrawkiem ziemi o wadze złota- może stąd ta miłość do działek wśród dzisiejszych emerytów.
    “Zaczarowany ogród”- dziadek tak nazywa działkę mojej babci, oczywiście ta nazwa ma prześmiewczy charakter. Nawet on- dawny student SGGW i zapalony pszczelarz traktuje pobłażliwie to nasze złoto. Po wojnie zaczęły się tworzyć związki, towarzystwa , nastała era Pracowniczych Ogrodów Działkowych. Świeże warzywa, całe dnie spędzone z rodziną na działce, opalone ramiona, masywne bramy z prowizoryczną typografią, grillowanie i oczywiście włamywanie się przez młodzież na teren działek w calach wiadomych. Generalnie dosyć przyjemna otoczka, taki mały symbol polskiego miasta. Jednak idealnie być nie może. Ogrody działkowe są likwidowane na potrzeby nowych inwestycji. Większość ogrodów ma nieuregulowany status prawny, do tego stają się nieopłacalne. Działkami głównie zajmują się starsi ludzie, często z zapałem walczący z miastem. Czasem wygrywają, czasem nie. Bywa.
    Tak więc jeszcze do niedawna uprawa warzyw była kojarzona z zajęciem dla emerytów, co zaczęło się zmieniać wraz z dyskusją wokół takich tematów jak ekologia, zdrowie, wysokie ceny żywności, polityka miast itd. Nagle wśród młodych ludzi zaczyna rodzić się potrzeba zakładania miejskich ogródków. Niektórzy podejmują się partyzanckiej działalności w tej kwestii, inni za pomocą instytucji zakładają małe ogródki otwarte dla wszystkich. To wszystko dzieje się tak na prawdę od niedawna, a już staje się bardzo popularnym tematem. Powstają niezwykle pozytywne miejsca, w których działają miejscy entuzjaści zieleni.
    Jednak odnoszę wrażenie, że nadal jest to dość ograniczone grono. Grono szalonych ekologów, nawiedzonych aktywistów i tej całej “hipsteriady”- często właśnie tak się o nas myśli. Bardzo dobrze to rozumiem, bo jest już prawie połowa czerwca, a na naszej grządce którą się zajmujemy ze znajomymi nadal nic nie rośnie, w mojej dizajnerskiej szklarni na balkonie wykiełkowała jakaś marna rukola, a świeżą miętę mam ze sklepu z naprzeciwka.
    My to my, mamy prawo do obwiniania trudnego życia studenta za to wszystko...
    Inne grządki w Królikarni mają się znakomicie, coraz bardziej zielone, prężnie się rozwijają wraz z całym projektem. Tak więc wydaje mi się, że wszystko podąża w dobrą stronę. Jedynie postawiłam sobie cel jutro posadzić nasze sadzonki i zmieniać świadomość warszawiaków jeszcze nie zarażonych ogrodnictwem.
    Co do tajemniczego uśmiechu u moich rozmówców... Może potrzebujemy wzoru na miarę Elżbiety II?

    Miłego grządkowania!

    KOMENTARZE