• Podlej

    2014-05-21

    Maciej Frąckowiak



    W cieniu

    Na jednym z polskich osiedli od lat rośnie niesamowity ogród. Ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów, pełno w nim nasadzeń i pomysłów na kształty, w które przycinane są krzewy – tak, by przypominały na przykład znanego skoczka z Wisły. Uprawia go pod swoim blokiem starszy mężczyzna. Poza kwiatami i donicami, gęsto tu od pracy, którą - dzień w dzień - wkłada on w utrzymanie i rozwój roślin. Oczywiście nie każdy z oddolnie tworzonych ogrodów realizowany jest w podobnej skali. Wręcz przeciwnie – większość to stosunkowo niewielkie poletka z rabatami w oponach, ścieżką z kamyków, kilkoma drzewkami, może jakimś wiatrakiem czy figurką; zakładane w podwórkach kamienic, na obrzeżach ulic, przy stróżówkach, albo przed sklepami. Łączy je jednak wspólny mianownik: tworzone są przez mieszkańców, często bez formalnej zgody, wsparcia oraz zainteresowania oficjalnego administratora terenu, ekspertów. Ich autorzy starają się przekształcić przestrzeń, w której żyją w taki sposób, by lepiej odpowiadała ich pragnieniom, potrzebom oraz gustom. Choć działania takie stanowią dokument ogromnej aktywności mieszkańców, realizowane są poza sztampową konwencją, to jednocześnie zwykle funkcjonują na marginesie społecznej uwagi. Ze względu na swoją specyfikę, pomija się je w dyskusjach oraz albumach o mieście, ignoruje zarówno w pokojach polityków, jak i magazynach lifestyle’owych, nie uwzględnia w planach projektowanych działań – także tych snutych przez ruchy miejskie. A szkoda.





    Poza estetykę

    Jednym z powodów, dla których ogrody oddolnie tworzone przez mieszkańców, podobnie jak samodzielnie budowane przez nich reklamy, przestrzenie zabawy, budy czy karmniki lub agory i kluby, są konsekwentnie pomijane lub zwalczane, jest ich estetyczna odrębność. Nie przypominają one odpowiedników, które tworzone są przez profesjonalistów wedle jakiegoś z góry określonego wzorca z wykorzystaniem specjalistycznych narzędzi i materiałów. Z punktu widzenia mainstreamowych gustów są brzydkie, zgrzebne albo przynajmniej dziwaczne. Koncentrując się na wyglądzie zapominamy jednak, że to, co w tych realizacjach najwartościowsze, co decydowało o ich powstaniu, lokuje się zupełnie gdzie indziej. Pielęgnowanie zieleni staje się w nich zaledwie pretekstem do budowania więzi łączących mieszkańców z miejscem, w którym żyją, z przyrodą i przedmiotami, a także ze sobą nawzajem. Jeśli można tu mówić o projektowaniu, to ma ono charakter w głównej mierze intuicyjny oraz organiczny, a więc bazujący i w twórczy sposób przerabiający to, co pod ręką, a także niezobowiązujący – plany na ogród kształtują się i zmieniają w toku codziennej pielęgnacji roślin. Między innymi dlatego proces, który skutkuje powstaniem tych realizacji prowadzi też do oswajania przestrzeni, w której się je tworzy, buduje przekonanie, że ma się aktywny wpływ na jej kształtowanie oraz stanowi okazję do ekspresji.





    Wehikuły wspólnoty

    Przyglądając się podobnym ogrodom dostrzec można, że potrzeba ich tworzenia prowokuje do sąsiedzkich spotkań i wspólnego działania. Nie zawsze przebiegają one w zgodny sposób. Do pielęgnowania ogrodu z Małyszem jego twórca zużywa ogromne ilości wody, którą czerpie z kurka w piwnicy. Koszty jego utrzymania ponoszą zatem także Ci z mieszkańców bloku, którzy niespecjalnie mają na to ochotę. Co więcej, ponieważ autor nasadzeń jest zdeklarowanym przeciwnikiem samochodów, kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, obsadza nowymi roślinami kolejne obszary, zachodząc na parking i wadząc o potrzeby niektórych sąsiadów. Spory towarzyszą też ogrodom zakładanym w podwórkach kamienic. Wszystko jest w porządku dopóki wszystkim chętnym starcza miejsca na realizacje własnego hopla. Jeśli jednak zaczyna go brakować, zaczynają się utarczki. Pomiędzy ogrodnikami a właścicielami psów, czy osobami, które na przykład chcą półlegalnie rozbudować niewielki zakład usługowy. Rodzeniu się sporów towarzyszy wtedy potrzeba rozmowy, oddzielenia tego, co łączy od tego, co dzieli sąsiadów.





    Komu brakuje odwagi?

    Wątpliwy status prawny samozwańczych ogrodów sprawia, że ich autorzy muszą zwykle ograniczać rozmach swoich aktywności, tak by nie zainteresować nikogo, kto posiadałby moc skutecznego występowania przeciw ich efektom. Brak troski oddolnych ogrodników o szersze zainteresowanie ich pracą wynika także z tego, że tworzą oni ogrody przede wszystkim dla siebie oraz niewielkiej grupy znajomych i sąsiadów. Bez pretensji do większego rozgłosu. W konsekwencji eksperci i miejscy aktywiści projektując modne ostatnimi czasy miejskie ogrody, zapominają o tym, że takie miejsca już istnieją. Tak jak istnieją ludzie, którzy dysponują wystarczającymi zdolnościami do ich tworzenia i pielęgnacji. Tym natomiast, czego brakuje to umiejętności uważnego przyglądania się efektom działań mieszkańców. Tolerancji dla tych form ich aktywności, które nie mieszczą się w ramach uznanych gustów, sposobów myślenia, trendów. Przede wszystkim zaś - odwagi, by czerpać z takich realizacji inspiracje a idąc dalej - włączać ich autorów w planowane przez siebie akcje. Być może udałoby się wtedy uniknąć pewnych zagrożeń związanych z projektami, które za często posługują się zielenią jako bezpieczną oraz łatwą formą podnoszenia jakości miejskich przestrzeni, jako relatywnie tanią ‘zapchajdziurą’ dla przestrzeni, na którą nie bardzo mają pomysł.





    Zamiast karczowania

    Trudno o bardziej dosłowne zobrazowanie rewitalizacji niż poprzez widok rozkwitającego ogrodu w miejscu, w którym wcześniej nic nie było. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy owo „nic” rozumie się bardzo dosłownie i nie dostrzega praktyk, które realizowane są w miejscu planowanego ogrodu – tj. dzikie parkowanie, wyprowadzanie psów, popijanie piwa, granie w piłkę na wyrysowanym kijem boisku, czy inne. . To, co puste dla ekspertów, może być przecież pełne znaczenia dla części mieszkańców. Sadząc karczujemy wówczas część z dotychczasowych pretekstów do spotkań. Niby wysiewamy, a w rzeczywistości wyjaławiamy przestrzeń. Podporządkowujemy ją planowi poprzez wymazywanie śladów spontanicznych aktywności. Co gorsza, pojawiające się kontrowersje nie są uwzględniane, a ucinane w punkcie wyjścia . Niechęć bądź trudność ich rozważenia uzasadniana jest przy tym zbyt często idyllicznym przekonaniem, że zieleń nikomu nie przeszkadza, że – koniec końców – wszyscy na niej tylko zyskamy. Choć więc nowe ogrody miejskie są często bardziej spektakularne, szybciej realizowane, mniej kontrowersyjne estetycznie i ulokowane w miejscach lepiej przyciągających uwagę, to posiadają one także ograniczoną zdolność do wytwarzania lokalnych sieci relacji społecznych – tak na etapie tworzenia ogrodów, jak i ich pielęgnowania. Relację te są natomiast zasadnicze dla przestrzeni zielonych tworzonych przez samych mieszkańców. Może więc zamiast zamawiać spychacze, konsultować projekty rekultywacji, dowozić i równać ziemię - lepiej po prostu wspierać to, co urosło oddolnie, siłą czyjejś pasji. Z koparek i znad stołów kreślarskich przerzucić się na konewki.





    Niewidzialne Miasto

    Samodzielnie zakładane ogrody obserwowaliśmy w większym gronie osób w ramach projektu Niewidzialne Miasto, który poświęcony jest dokumentacji i analizie spontanicznych form twórczej aktywności obecnej w przestrzeni największych polskich miast. Poza ogrodami, interesowały nas także inne kategorie aktywności, jak na przykład protezy instytucji, upiększenia, agory i kluby, mobile, polityczne, architektura czy sakralne, z których przykładami zapoznać można się na stronie internetowej www.niewidzialnemiasto.pl. Znajduje się na niej blisko siedem tysięcy zdjęć, dodanych przez kilkuset fotografów z całej Polski. Poszczególne etapy badań, a także efekty innych działań, które im towarzyszyły dostępne są pod adresem www.nmbadania.info. Podsumowaniem projektu jest książka Niewidzialne Miasto, zredagowana przez Marka Krajewskiego, która ukazała się nakładem Fundacji Bęc Zmiana!

    Tekst pierwotnie ukazał się w FUTU Paper #6 2013, s.24-25, pod tytułem „Pamiętajcie o ogrodach. Przedruk za zgodą Redakcji.

    KOMENTARZE